Samochód za 5 tys. zł. Czy da się kupić?

Samochód za 5 tys. zł? To oczywiście możliwe, ale czy da się kupić sprawne auto, którego eksploatacja nie będzie kosztowała przysłowiowych milionów? Oto nasze propozycje!

Samochód za 5 tys. zł? Nic prostszego, włączamy komputer, odpalamy popularny serwis z ogłoszeniami, wpisujemy górny pułap budżetu (5000 zł) i gotowe! Na ekranie pojawia się kilka tysięcy ogłoszeń. I możemy przebierać jak w ulęgałkach. Jednak im dłużej przebieramy, tym bardziej okazuje się, że – idąc dalej w owocową przenośnię – jadalnych owoców jakby mniej.

Stoi na kołach? Stoi, a że na niedopompowanych… (fot. Lubos K/Shutterstock)

W rezultacie okazuje się, że auto owszem, jest… ale na części, albo do drobnej naprawy (remont nie opłacał się sprzedającemu), po drobnej stłuczce (czyt. po szkodzie całkowitej “naprawionej” na ile to było możliwe), albo z zagranicznymi tablicami (trik na prywatny zakup od Niemca), albo niezarejestrowane i nieopłacone (i już 5 tys. zł przestaje wystarczać)…

Wymieniać można jeszcze długo. Liczba pułapek czyhających na niedoświadczonego nabywcę jest olbrzymia. Kto jest doświadczony? Oczywiście handlarze. Osoba prywatna w kwestii doświadczenia w zakupie i sprzedaży aut jest zawsze w gorszej sytuacji. Czy to stracona pozycja? Absolutnie nie. Nigdy nie należy się poddawać. Można i trzeba zadbać o to, by minimalizować ryzyko nabycia auta, taniego co prawda w zakupie, ale które później okaże się bardzo kosztowną wpadką. Pierwszy odsiew to odrzucenie aut uszkodzonych. Bez względu na to, jak tanie w zakupie jest auto, doprowadzenie go do pełnego stanu używalności i bezpiecznej eksploatacji może i najprawdopodobniej przekroczy założony budżet. No chyba, że mamy własny zakład mechaniki pojazdowej – ale to założenie odrzucamy. Kolejne sito, to wyeliminowanie nieopłaconych i nieprzerejestrowanych aut z importu. No chyba, że sami próbujemy sprowadzić, ale w tym materiale również to założenie odrzucamy. To temat na odrębną opowieść.

“Ej, to się wyklepie!” – auto sprowadzane, naprawiane i za 5000 zł? To nie ma szans zadziałać (fot. Krasula / Shutterstock)

Dlaczego ignorować auto sprowadzone i niezarejestrowane? W przypadku tak tanich (z założenia) aut po prostu ich sprowadzenie celem dalszej sprzedaży się nie opłaca. Nie ma darmowych obiadów, ktokolwiek, kto sprzedaje poniżej kosztów własnych, chce się pozbyć problemu. Wg danych serwisu Clicktrans jeszcze w roku 2018 najtaniej wychodziło sprowadzenie auta z Niemiec, średnio ok. 1255 zł. Generalnie im dalej, tym drożej. Koszty rosną też, gdy wymagany jest transport morski (np. Wielka Brytania, Dania). Z takiej Hiszpanii sprowadzenie jednego auta w 2018 roku kosztowało średnio 3349 zł. A przypominam mówimy o aucie, którego cena sprzedaży w Polsce ma nie przekroczyć 5000 zł. Ludzie nie pracują za darmo, handlarz też chce żyć, sprowadzenie oprócz kosztów zajmuje też czas, a czas to pieniądz. Zatem jeżeli widzicie auto bez polskiej rejestracji za taką kwotę, to… czym prędzej o nim zapominamy.

W efekcie z kilku tysięcy aut na polskim rynku za kwotę nieprzekraczającą 5000 zł po odsianiu tych kilku punktów z wielkiej puli zostało… nieco ponad 500 aut. Jakby mniej, prawda? Auta z gwarancją sprzedawcy? Po pierwsze zawsze sprawdźcie co taka gwarancja obejmuje. A poza tym, nie w tym budżecie – my znaleźliśmy…. trzy sztuki – wszystkie od firm. Osoby prywatne siłą rzeczy gwarancji nie dadzą, a właśnie wśród takich sprzedawców (nie mówimy o komisach “udających” prywaciarzy) możemy trafić zadbane auto, które nam jeszcze posłuży.

Na chłodno, bez emocji

Nie będziemy Wam tu pokazywać konkretnych ogłoszeń. Nie o to chodzi. Zależy nam na tym, byście mogli samodzielnie dokonać rozsądnego wyboru, nawet gdy dysponujecie bardzo małym budżetem. Ogłoszenia tracą na aktualności, a nam zależy, by ten materiał służył wam radą i był wskazówką przez dłuższy czas. Oczywiście kiedyś straci na aktualności, bo kolejne generacje aut się starzeją i tanieją.

Przede wszystkim emocje podczas zakupu auta to wróg. Nie ma nic złego w tym, że ekscytujemy się kupnem auta, nawet jeżeli jest to stary i tani pojazd. Dla wielu z nas często właśnie takie auta to pierwsze samochody w życiu. Dlatego na zakupy warto ze sobą wziąć kogoś zaufanego, kto nie jest emocjonalnie związany z podejmowaną decyzją. Oczywiście znajomość aut jest dodatkowym atutem, ale już samo beznamiętne podejście do transakcji jest dużą pomocą. Możecie to nazwać psychologicznym wsparciem. Uwierzcie nam, działa.

Uważne oględziny? Jak najbardziej. Ale nie czepiaj się każdej ryski, kupujesz auto za maks. 5000 zł (fot. View Apart / Shutterstock)

W wielu poradnikach dotyczących kupna aut używanych wiele miejsca poświęca się miernikom lakieru. Tymczasem sprzęt ten, jak każde narzędzie, powinien być używany ze zrozumieniem. Pamiętajmy, że mówimy o autach naprawdę wiekowych, tylko takie są na tyle tanie, że spełniają nasz założony pułap budżetowy – 5000 zł. Same mierniki też nie są przecież za darmo, a te naprawdę dobre to wydatek rzędu 400 zł.

Nie ma nic złego w tym, że auto stare miało jakąś lekką przygodę, że tu i ówdzie zostało podmalowane. Przy takim budżecie i wieku podejrzane wręcz staje się auto o fabrycznej grubości lakieru na całej powierzchni. Jaka to grubość? Przyjmuje się ok. 100 – 150 mikrometrów, ale to umowne. Nie ma żadnej normy regulującej grubość powłoki nadwozia, bywają auta, które jeszcze fabrycznie były grubiej malowane. Zresztą sprzedający mógł wymienić cały element nadwozia (np. błotnik, drzwi) na oryginalny ze szrotu w takim samym kolorze – grubość lakieru się nie zmieni, a jakby nie to samo.

Rozmawiaj i bardzo uważnie słuchaj

Zawsze warto rozmawiać. Zabrzmiało jak w reklamie operatora sieci komórkowej, ale to prawda. Nic złego w aucie (zwłaszcza przy tym budżecie), gdy auto ma jakieś drobne wady. Istotne jest, czy właściciel o nich mówi. I – jak mówi. Sprzedający mówi o drobnej stłuczce i pokazuje malowane miejsce? Sprawdź także okolice, sprawdź też śruby i mocowania (ujawnią wymianę elementów). Jeżeli to co pokazuje miernik pokrywa się z tym, co mówi sprzedawca, nie ma powodu, by podejrzewać oszustwo. Warto też sprawdzić różnice pomiędzy symetrycznymi elementami nadwozia (np. drzwi po obu stronach auta), jeżeli na jednych jest wyraźnie inna grubość powłoki niż na drugich, na pewno była jakaś naprawa. I znowu, słuchajmy tego co mówi sprzedawca. No i najważniejsze – nie oczekujmy cudów! To auto za maks. 5000 zł. Nie ma co liczyć na “igłę”. Stare auta naprawdę mogą być zadbane, wiele powie choćby stan oleju (ilość i wygląd). Mało oleju? Może silnik ma przesadny apetyt. Olej gęsty jak smoła? Auto raczej zaniedbane. Brudny (zakurzony), ale suchy silnik? Paradoksalnie to najlepsza opcja w tym budżecie. Mycie silnika przed sprzedażą auta za 5000 zł świadczy najczęściej o tym, że motor cieknie.

Miejmy też na uwadze, że sprzedający nie musi odpowiadać za całą historię auta. Szczególnie jeżeli jest którymś z kolei właścicielem (co przy autach w interesującym nas tu budżecie jest bardzo prawdopodobne), on sam o wielu rzeczach może zwyczajnie nie wiedzieć. Jeżeli znajdziecie coś, o czym nie wie sprzedający, a z dokumentacji pojazdu wynika że jest np. czwartym właścicielem, nie traktujmy go jak oszusta. Wzajemny szacunek w jakiejkolwiek transakcji to złota recepta.

No dobrze, ale właściwie na jakie auta w ogóle powinniśmy patrzeć w tym budżecie? Poniżej wymieniamy kilka modeli, które oprócz tego, że są “znajdywalne” w interesującej nas tu kwocie, to jeszcze choć trochę rokują pozytywnie, jeżeli chodzi o dalszą eksploatację. Poniższe zestawienie zostało ułożone alfabetycznie wg nazwy modelu (wyjątkiem jest pierwszy model, raczej forma przestrogi – choć akurat tak się złożyło, że i tak alfabetycznie byłby na górze). Nie porównujemy poszczególnych modeli, z założenia wymieniliśmy te, które choć trochę dają szansę na dalszą, w miarę niekłopotliwą eksploatację.

BMW E46 (Seria 3)? – Hmm, jednak nie

Ilustracja
Przedliftowa wersja BMW 3 czwartej generacji (fot. Rudolf Stricker)

Chyba byście nas zjedli, gdybyśmy nie umieścili tego modelu. Przez jednych uwielbiany, przez drugich znienawidzony. Kupno tego auta to niestety loteria. Trafienie udanego, zadbanego egzemplarza jest możliwe, pytanie tylko, czy pasjonat marki zechce oddać swoją ulubienicę za 5 tys. zł. Bo to, że “upalacz gum” zechce pozbyć się za 5000 problemu zajeżdżonej bety, nie mamy wątpliwości. To auto dajemy w naszym zestawieniu trochę na wyrost, bo choć większość młodych marzących o własnym aucie tęsknym okiem spogląda na E46, to powiedzmy sobie wprost. 5000 okaże się zbyt małą kwotą. Dlatego też poniżej nie znajdziecie ani Audi A4/A6, ani Mercedesa A Klasy – choć formalnie te auta są dostępne za kwotę do 5000 zł, to nie zapominajmy o koniecznych wydatkach eksploatacyjnych, koszcie części, serwisu itp. Naszym celem było znalezienie i zasugerowanie wam aut nie tylko tanich w zakupie, ale też tanich w eksploatacji. E46, ani wspomniane Audi, Mercedesy czy inne marki premium, które z racji wieku potaniały, tanie nie są!

Citroën C3 pierwszej generacji

Ilustracja
Citroën C3 – przedliftowa pierwsza generacja tego modelu (fot. M 93 / Wikimedia)

Auto zadebiutowało na rynku w 2002 roku, trzy lata później przeszło lifting. Jednak za 5000 zł powinniśmy szukać raczej zadbanej (trudne) wersji przedliftowej. W wiekowym aucie lepiej wybrać jednostkę benzynową (awarie dieslowskiego osprzętu są droższe), tym bardziej, że silnik o pojemności 1.4 (oznaczenie fabryczne TU3 – moc 75 KM) to całkiem dobra konstrukcja. Jest jeszcze benzynowy 1.1 (TU1 – moc 60 KM), ale zapomnijcie o dynamice. Z racji wieku sam rodzaj silnika nie jest wystarczający do dokonania wyboru. Rdza w wiekowych egzemplarzach jest powszechna. Ta generacja miała też mocniejszy silnik 1.6 (benzynowy, oznaczenie TU5) mający 110 KM, ale to już niestety nie nasz budżet.

Fiat Panda drugiej generacji

Ilustracja
Fiat Panda drugiej generacji – wersja przedliftowa (fot. Vauxford / Wikimedia)

Kolejny mały “mieszczuch” którego całkiem sporo egzemplarzy znajdziemy na rynku wtórnym za kwotę do 5000 zł. Oczywiście stan techniczny tych aut to odrębna kwestia. To w zasadzie polskie auto (produkowała je fabryka Fiata w Tychach). Szanse na znalezienie w miarę przyzwoitego (w tym budżecie – pamiętajmy cały czas o kontekście) auta nie są wcale minimalne. Po złożeniu tylnej kanapy autko ma ponad 800 litrową przestrzeń bagażową. Dwoje młodych ludzi i duże zakupy/bagaże? W tej Pandzie to możliwe. Wersje silnikowe? Polecamy waszej uwadze przede wszystkim rzędową, benzynową 8-zaworową czterocylindrówkę o pojemności 1,2 litra i mocy 60 KM. Dynamiki nie ma, ale do spokojnej jazdy w zupełności wystarczy. Dobra wiadomość jest taka, że nie popsuje wam się wspomaganie kierownicy, bo wiele egzemplarzy go po prostu nie ma.

Fiat Punto drugiej generacji

Ilustracja
Fiat Punto II przed liftingiem (fot. Vauxford / Wikimedia)

Jeżeli poszukujecie czegoś większego od Pandy, to pewnym rozwiązaniem jest produkowany od 1999 roku Fiat Punto drugiej generacji. Duża podaż części na rynku (auto popularne, popularniejsze od Pandy), ponadto również w tym przypadku mamy na pokładzie m.in. silnik 1.2 o mocy 60 KM (ten sam co w Pandzie). Oczywiście to bardzo wiekowe auta, trzeba liczyć się z rdzą, szczególnie na podwoziu i na progach.

Ford Fiesta V

Ilustracja
Ford Fiesta V przed liftingiem (fot. Vauxford / Wikimedia)

Fiesta piątej generacji pojawiła się na rynku w 2002 roku. Całkowicie zmieniona stylistyka nawiązująca do nurtu New Edge, którego prekursorem w tej marce był Focus może się podobać. Podstawowy problem tego auta to korozja – czasu niestety nie cofniemy. Reszta czyli mechanika i eksploatacja – nie są drogie. Auto można też w miarę tanio naprawiać. Choć w tej generacji pojawiła się usportowiona 150-konna wersja ST, to niestety – nie zmieści się ona w naszym budżecie. Paradoksalnie lepszym wyborem od benzynowej jednostki 1.3 o mocy 60 KM jest mniejszy motor 1,25, ale o większej mocy 75 KM. Jest on też trwalszy od 1.3. Jeżeli traficie na zadbany egzemplarz, a nie zgniłka, auto powinno jeszcze posłużyć.

Opel Astra G

Ilustracja
Opel Astra G, czyli druga generacja, tu w wersji hatchback (fot. Rudolf Stricker / Wikimedia)

Prosta konstrukcja, znacznie lepsze wykonanie niż w pierwszej generacji, duża podaż części (model popularny), łatwe serwisowanie. Wszystko to sprawia, że o ile trafimy na zadbany egzemplarz auto może być dobrym wyborem. Silnik? Najbezpieczniejszy jest beznynowy 1,6 8-zaworowy o niekolizyjnym układzie zaworów (zerwanie paska rozrządu nie spowoduje ich zniszczenia). W pozostałych – dbajcie o resurs paska rozrządu. Diesle? W tak wiekowym aucie zawsze są ryzykiem (dwumas, turbina – droższy osprzęt niż w benzyniakach).

Opel Corsa C

Ilustracja
Opel Corsa C wersja przed liftingiem (fot. Rudolf Stricker / Wikimedia)

Opel Corsa zdobył w Polsce uznanie wielu kierowców. To proste i tanie w naprawie auto, części są tanie, a cała konstrukcja dość trwała. Największy problem jest taki jak w większości wiekowych aut – korozja. Jeżeli traficie na zadbany, garażowany egzemplarz z benzyniakiem 1,2 i do tego z normalną, a nie ze zrobotyzowaną przekładnią, a żądania właściciela nie przekraczają budżetu, auto posłuży nam jeszcze – oczywiście o ile będziemy o nie dbać. Na rynku wtórnym jest też sporo diesli. Sęk w tym, że ich naprawa jest znacznie droższa niż w przypadku jednostek benzynowych. Wyjątkiem jest bazowy silnik benzynowy 1.0, który nie cieszy się dobrą trwałością.

Peugeot 206

Ilustracja
Peugeot 206 przed liftingiem (fot. Vauxford / Wikimedia)

W tym przypadku kłopot polega przede wszystkim na znalezieniu auta nie zżartego korozją. Jeżeli to się uda, patrzymy na silnik. Najlepiej rokuje 1,4 benzyna. Diesle odpuścmy, za duże ryzyko. W tej generacji był też pobudzający adrenalinę 177-konny 2.0 RC – niestety, nie w naszym budżecie.

Renault Clio II

Renault Clio II – wersja poliftingowa z 2000 roku (fot. Rudolf Stricker / Wikimedia)

Kolejne popularne auto – głównie do miasta, ale przecież to od nas zależy dokąd pojedziemy. Raczej omijajcie najtańsze egzemplarze (można je znaleźć już poniżej 2000 zł), jednak to powoduje że szanse na znalezienie w miarę zadbanego egzemplarza w przyjętym budżecie rosną. Bezpieczniejszym wyborem są modele poliftowe z silnikiem benzynowym o pojemności 1.4 i mocy nieco poniżej 100 KM. Model ten jest też znany fanom motorsportu ze względu na kultową odmianę Clio V6 3.0 o mocy 255 KM, ale – no sami wiecie, nie za 5000 zł.

Seat Ibiza III

Ilustracja
Seat Ibiza III wersja przed liftingiem (fot. Vauxford / Wikimedia)

Ibiza III generacji wciąż może się podobać, niestety auto produkowane w latach 2002 – 2008 trafiło na czas sporych wpadek silnikowych koncernu Volkswagen. Zwykle nie polecamy diesli w wiekowych autach, ale jeżeli traficie egzemplarz Ibizy z 1.9 TDI o mocy 101 KM, a właściciel dbał o auto, i go nie zajechał. To Wy też go nie zajedziecie (oczywiście jeżeli będziecie dbać o auto). Korozja zrobi pewnie swoje po pewnym czasie, ale silnik będzie chodził dalej. To jedna z najlepszych konstrukcji wysokoprężnych jakie kiedykolwiek opuściły grupę VW. Z wyjątkiem silnika 1.9 TDI o oznaczeniu BXE, ale ten nigdy do Ibizy nie trafił, znalazł się za to w wielu innych modelach VAG, m.in. w Audi A3 II generacji, Seacie Leonie II, Seacie Altei, Seacie Toledo III, Skodzie Octavii II, Skodzie Superb I, czy VW Golfie V.

Škoda Fabia I

Ilustracja
Škoda Fabia pierwszej generacji przed liftingiem (fot. Vauxford / Wikimedia)

Tanie auto do miasta? Fabia to wciąż dobry wybór. Bardzo popularny model, a to oznacza, że wielu mechaników zna go lepiej niż własną żonę. Prosta konstrukcja, bardzo wiele części (elementy wspólne z innymi modelami marki, jak i innych marek grupy VAG). Oczywiście tradycyjnie zwracamy uwagę, by patrzeć na rdzę i każdorazowo możliwie dokładnie sprawdzać faktyczny stan konkretnego egzemplarza. Fabię często wybierali starsi kierowcy, którzy wychowani w duchu gospodarki planowanej z czasów PRL intuicyjnie dbali o auto. O ile tylko wnuczek takiego starszego Pana mu Fabii nie zajeździł, to warto.

Škoda Octavia I

Ilustracja
Škoda Octavia I przed liftingiem w 2000 roku (fot. Rudolf Stricker / Wikimedia)

Tanie duże rodzinne auto? Owszem, istnieje. Škoda wzięła z koncernu Volkswagena nie tyle najnowsze, co najbardziej sprawdzone komponenty. Efekt: jedno z najpopularniejszych aut w Polsce (i nie tylko). Tanie w utrzymaniu (duża podaż części, bardzo dobrze znana mechanikom technika). W zasadzie nie ma tu jakiegoś ryzyka wielkiej wtopy, oczywiście o ile znajdziemy dobrze utrzymany egzemplarz za 5000 zł. Zajeżdżonych i zaniedbanych egzemplarzy niestety nie brakuje.

Toyota Yaris I

Ilustracja
5-drzwiowa Toyota Yaris pierwszej generacji przed liftingiem (fot. Rudolf Stricker / Wikimedia)

Ten miejski maluch (choć formalnie należy do segmentu B – mniejszy jest jeszcze Aygo) jest autem cieszącym się uznaniem ze względu na trwałość. Jednak nie oszukujmy się. W niemal dwudziestoletnim modelu cudów nie ma i o zadbany egzemplarz coraz trudniej. Bezpieczny motor to benzynowy 1.0 o mocy 68 KM. Jeżeli znajdziecie auto z tym napędem, które jeszcze nie zgniło, to chyba – jak mówi Dariusz Szpakowski w każdej podbramkowej sytuacji – mamy okazję.

Na koniec jeszcze kilka słów. Nie było naszym celem znalezienie szałowego modelu, który spowoduje, że sąsiad będzie spoglądał z zazdrością. Wszystkie wymienione modele to tanie plastiki, skrzypiące wnętrza, często słabe materiały wykończeniowe. Skoro jednak nie możemy sobie pozwolić na to, by wydać na auto więcej niż 5000 zł i chcemy mieć możliwość przemieszczania się przy możliwie niskich kosztach eksploatacyjnych, to właśnie zaprezentowane auta (poza E46) powinny spełnić ten warunek.

Total
3
Shares